**Bree**
Londyn nocą jest pięknym miastem. Dookoła kolorowe uliczne lampy i głośna muzyka w biedniejszych dzielnicach doskonale oddzielają mrok nocy od światła dziennego. Blade ściany blokowisk idealnie kontrastują z ciemnym niebem. Słowem żyć nie umierać. Wracałam właśnie z domu mojej koleżanki z klasy. Nie przyjaźniłyśmy się z Brandy ,ale akurat zaprosiła mnie na imprezę ,a skoro mieszkamy w tej samej dzielnicy nie szkodziło mi wpaść. Noc była wyjątkowo chłodna ,a ja miałam na sobie tylko czerwono krwistą sukienkę do połowy ud i czarny, krótszy skórzany płaszcz. Nie bałam się iść sama ,bo dom miałam dość niedaleko ,a w tej dzielnicy nikt nie odważyłby się mnie dotknąć. Każdy znał mojego brata ,a właściwie nie tyle co znał ,a bał się go. Czasem sama się go bałam. Był bardzo agresywny i impulsywny zwłaszcza po rozwodzie rodziców. Nie mogliśmy słuchać ciągłych telefonicznych kłótni rodziców więc Mama wynajęła nam mieszkanie kilka dzielnic od naszego rodzinnego domu w którym obecnie mieszkała z jej partnerem, Johnem. Było nam dobrze razem chociaż czasem dusiłam się. Ciągle mi czegoś zakazywał i wszystko musiałam robić pod jego nadzorem. Dziękowałam Bogu za każdy jego wyjazd gdziekolwiek. Wczoraj wieczorem wyjechał z kumplami na kilka dni na jakieś targi. W sumie nie interesowało mnie to ,ale cierpliwie słuchałam jego wykładu o silnikach motorów by w końcu się odczepił i jak najszybciej wyjechał z miasta. Mogłam wyjść na imprezę i wrócić późnym wieczorem. Korzystałam z tego na tyle na ile pozwalały mi wysokie buty. Tak więc wracałam teraz szybkim ,ale zmęczonym krokiem w stronę swojego stosunkowo dużego mieszkania. Właśnie wchodziłam do ostatniej ciemnej uliczki w drodze do mojego domu kiedy zauważyłam małą drobną sylwetkę w rogu zaułku. Zaniepokojona podeszłam bliżej. Z cienia wyłoniła się zapłakana twarzyczka małego chłopca. Cały drżał z zimna i pochlipywał cicho. Nie zastanawiając się nad niczym ściągnęłam z siebie płaszcz i kucnęłam obok chłopczyka. Wystraszył się i odskoczył do tyłu.
-Nie, nie – szepnęłam łagodnie - nie bój się. Chcę ,żeby było ci ciepło. – Podszedł do nieśmiało i wyciągnął maleńkie rączki. Założyłam swój czarny płaszcz na jego ramionka.
-Jak masz na imię ? – zapytałam nie chcąc go przestraszyć.
-B-Bl-Blake – ciągle płakał.
-No już, nie płacz Blake. Gdzie jest twoja Mama ? – Wyciągnął rączke i podał mi małą zwiniętą karteczkę. Najpierw popatrzyłam na niego niepewna ,ale potem wzięłam zwitek do ręki i powoli zaczęłam czytać. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to kilka mokrych plamek na kartce i bardzo niechlujne pismo.
Nie wiem kim jesteś. Nie wiem czy chcę wiedzieć. Ale zaopiekuj się moim synkiem. Nie oddawaj go nikomu i bądź jego matką. On tego potrzebuje. Bądź z nim ,bo ja już nie mogę. Nic nie mogłam mu dać ,a chcę ,żeby był kimś. Jego ojciec porzucił nas kiedy miał 2 miesiące ,a ja sama nie dawałam sobie rady. Ma na imie Blake i ma 3 latka. Urodziny ma 12.09. kocha truskawki i czekoladę. Daj mu to czego ja nie mogłam. Proszę. Będę się wami gdziekolwiek się znajdę. Sznur już wisi. Przepraszam
Ivy
Czytałam liścik ze łzami w oczach. Jego matka popełniła samobójstwo i chciała bym to ja zaopiekowała się jej dzieckiem. Ale ja ?! Jak ! Ja mam 17 lat, szkołę i znajomych. Nie zostałam stworzona do opiekowania się małym dzieckiem. Popatrzyłam na zagubionego i wyraźnie przestraszonego małego chłopca. Nie mogę dać go do domu opieki ,bo zrobiłabym wbrew jego matce. Nie chcę zawodzić ,ani jej ani jego. W kopercie w której znajdowała się kartka były jeszcze jego karta zdrowia i akt urodzenia z zamazanymi danymi osobowymi matki. Miałam się tam wpisać. Patrzyłam na chłopca oniemiała. W moim sercu pojawiła się mała iskierka. Chciałam go przytulić i więcej go nie wypuszczać.
-Chciałbyś wpaść do mojego domu Blake ?
-A czy to nie będzie pani przeszkadzało ? – zapytał tak słodko ,że zachichotałam.
-Oczywiście ,że nie Szkrabie – wyciągnął do mnie rączki ,a ja podniosłam go. Czułam od niego bijące ciepło. Zacisnął małe dłonie na moim karku i wtulił się w zagłębienie mojej szyi. Kiedy jego ciepły oddech odbił się o moją skórę poczułam jak zimno jest na dworze. Bałam się ,że mógłby się przeziębić więc szybkim krokiem szłam w stronę domu. Gdy już weszłam do środka dalej niosąc malca na rękach ogarnęło mnie ciepło. Postawiłam go na drewnianą podłogę i ściągnęłam z niego płaszcz.
-Chodź mały. Lubisz gorącą czekoladę ? – pokiwał ochoczo głową. Zaprowadziłam go do kuchni i posadziłam na blacie. Podałam mu kubek do rączek ,a on ostrożnie pił. Przyglądałam mu się z uwagą. Miał ogromne oczy w kolorze letniego bezchmurnego nieba i dosyć długie ciemne włosy. Jego karnacja była ciemniejsza od mojej (chociaż wyglądałam bak zaawansowana anemiczka). Miał lekko latynoskie rysy twarzy. Ale naprawdę nie było tego tak dokładnie widać zwłaszcza z jego pięknymi oczami. Gdyby ktoś uważnie mu się przyjrzał dopiero mógłby to zauważyć. Po kilku krótkich chwilach zauważyłam ,że i on się mi przygląda. Jego piękne oczy patrzył na mnie ze smutkiem. Zrobiło mi się go strasznie żal. Stracił matkę ,a ojca nawet nie znał. Chciałabym się nim zaopiekować ,ale nie potrafiłabym mu dać niczego więcej niż schronienia i jedzenia. Nie czuł by się tu jak w domu. Może znałam go zaledwie parę minut ,ale już zdążyłam pokochać te ogniki w jego oczach. Jego pełne małe usteczka i lekko zadarty do góry nosek. Jego cienki przestraszony głosik i mimo wszystko hardą pozę. Na moment opuściły mnie resztki wątpliwości i chciałam się nim zająć. Ta chwila nie trwała jednak długo ,bo pomyślałam o moim bracie. Lou byłby wściekły widząc go w naszym domu ,ale co mam zrobić ? Nie zostawię go. Otrząsnęłam się z moich myśli. Chłopiec w mgnieniu oka wyciągnął rączki i przytulił mnie do siebie. Czułam jego łezki na swoim barku ,ale nie ważyłam się drgnąć. Nie wiedziałam co ma zrobić. Odwzajemnić jego uścisk czy zostawić ręce w starym położeniu. Chłopiec przycisnął mnie mocniej do siebie i wtedy zareagowałam. Uścisnęłam go mocno ,ale nie na tyle by robić mu jakąkolwiek krzywdę. Zaczął pociągać noskiem i mamrotać
-Stara Ma-mama po-powiedziała ,że znajdę no-nową lepszą. Ale ja ją kochałem proszę pani.Tęsknię za-za nią. Chcę mieć mamusię – i znowu zaczął moczyć mi sukienkę. Serce podzieliło mi się na 2 równe kawałki i sama poczułam jak łzy lecą mi po twarzy. Byłam zupełnie bezsilna. Tak chciałam go jakoś zatrzymać i kochać jak matka ,ale nie potrafiłam !
-Ciiii maleńki – próbowałam go uspokoić – Już dobrze. Masz mamusie. Mamusia tu jest. – Nie zastanawiałam się nad tym długo i natychmiast pożałowałam tego ,że zrobiłam mu nadzieję. Spojrzał na mnie pełen dziecięcej wdzięczności. Czułam się jak suka obiecując mu coś czego nawet nie mogę dać. Ale postaram się. Zawalczę o niego. Tak szybko stał się dla mnie kimś ważnym i teraz nie mogłam go zostawić.
-Mama – na te słowa coś w środku mnie uszczypnęło. Ja matką ? Ja nierozgarnięta, chorowita 17-latka Bree Tomlinson ? To nie mogło być prawdą. A jednak. Dla tego 3-letniego chłopca byłam matką. I w tym momencie chciałam nią za wszelką cenę pozostać. Wziąć na siebie odpowiedzialność i widzieć jak malec dorasta. To wszystko potoczyło się zbyt szybko. Ledwo co go znalazłam ,a on nazywa mnie ‘Mama’. Niech to szlak ! Czy Louis tego chce czy nie. Będę matką tego chłopca i dam mu wszystko co mam. Chociaż ze względu na list jego matki i jego oczy. – Mama – Powtórzył.
CZYTASZ=KOMENTUJESZ
Londyn nocą jest pięknym miastem. Dookoła kolorowe uliczne lampy i głośna muzyka w biedniejszych dzielnicach doskonale oddzielają mrok nocy od światła dziennego. Blade ściany blokowisk idealnie kontrastują z ciemnym niebem. Słowem żyć nie umierać. Wracałam właśnie z domu mojej koleżanki z klasy. Nie przyjaźniłyśmy się z Brandy ,ale akurat zaprosiła mnie na imprezę ,a skoro mieszkamy w tej samej dzielnicy nie szkodziło mi wpaść. Noc była wyjątkowo chłodna ,a ja miałam na sobie tylko czerwono krwistą sukienkę do połowy ud i czarny, krótszy skórzany płaszcz. Nie bałam się iść sama ,bo dom miałam dość niedaleko ,a w tej dzielnicy nikt nie odważyłby się mnie dotknąć. Każdy znał mojego brata ,a właściwie nie tyle co znał ,a bał się go. Czasem sama się go bałam. Był bardzo agresywny i impulsywny zwłaszcza po rozwodzie rodziców. Nie mogliśmy słuchać ciągłych telefonicznych kłótni rodziców więc Mama wynajęła nam mieszkanie kilka dzielnic od naszego rodzinnego domu w którym obecnie mieszkała z jej partnerem, Johnem. Było nam dobrze razem chociaż czasem dusiłam się. Ciągle mi czegoś zakazywał i wszystko musiałam robić pod jego nadzorem. Dziękowałam Bogu za każdy jego wyjazd gdziekolwiek. Wczoraj wieczorem wyjechał z kumplami na kilka dni na jakieś targi. W sumie nie interesowało mnie to ,ale cierpliwie słuchałam jego wykładu o silnikach motorów by w końcu się odczepił i jak najszybciej wyjechał z miasta. Mogłam wyjść na imprezę i wrócić późnym wieczorem. Korzystałam z tego na tyle na ile pozwalały mi wysokie buty. Tak więc wracałam teraz szybkim ,ale zmęczonym krokiem w stronę swojego stosunkowo dużego mieszkania. Właśnie wchodziłam do ostatniej ciemnej uliczki w drodze do mojego domu kiedy zauważyłam małą drobną sylwetkę w rogu zaułku. Zaniepokojona podeszłam bliżej. Z cienia wyłoniła się zapłakana twarzyczka małego chłopca. Cały drżał z zimna i pochlipywał cicho. Nie zastanawiając się nad niczym ściągnęłam z siebie płaszcz i kucnęłam obok chłopczyka. Wystraszył się i odskoczył do tyłu.
-Nie, nie – szepnęłam łagodnie - nie bój się. Chcę ,żeby było ci ciepło. – Podszedł do nieśmiało i wyciągnął maleńkie rączki. Założyłam swój czarny płaszcz na jego ramionka.
-Jak masz na imię ? – zapytałam nie chcąc go przestraszyć.
-B-Bl-Blake – ciągle płakał.
-No już, nie płacz Blake. Gdzie jest twoja Mama ? – Wyciągnął rączke i podał mi małą zwiniętą karteczkę. Najpierw popatrzyłam na niego niepewna ,ale potem wzięłam zwitek do ręki i powoli zaczęłam czytać. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to kilka mokrych plamek na kartce i bardzo niechlujne pismo.
Nie wiem kim jesteś. Nie wiem czy chcę wiedzieć. Ale zaopiekuj się moim synkiem. Nie oddawaj go nikomu i bądź jego matką. On tego potrzebuje. Bądź z nim ,bo ja już nie mogę. Nic nie mogłam mu dać ,a chcę ,żeby był kimś. Jego ojciec porzucił nas kiedy miał 2 miesiące ,a ja sama nie dawałam sobie rady. Ma na imie Blake i ma 3 latka. Urodziny ma 12.09. kocha truskawki i czekoladę. Daj mu to czego ja nie mogłam. Proszę. Będę się wami gdziekolwiek się znajdę. Sznur już wisi. Przepraszam
Ivy
Czytałam liścik ze łzami w oczach. Jego matka popełniła samobójstwo i chciała bym to ja zaopiekowała się jej dzieckiem. Ale ja ?! Jak ! Ja mam 17 lat, szkołę i znajomych. Nie zostałam stworzona do opiekowania się małym dzieckiem. Popatrzyłam na zagubionego i wyraźnie przestraszonego małego chłopca. Nie mogę dać go do domu opieki ,bo zrobiłabym wbrew jego matce. Nie chcę zawodzić ,ani jej ani jego. W kopercie w której znajdowała się kartka były jeszcze jego karta zdrowia i akt urodzenia z zamazanymi danymi osobowymi matki. Miałam się tam wpisać. Patrzyłam na chłopca oniemiała. W moim sercu pojawiła się mała iskierka. Chciałam go przytulić i więcej go nie wypuszczać.
-Chciałbyś wpaść do mojego domu Blake ?
-A czy to nie będzie pani przeszkadzało ? – zapytał tak słodko ,że zachichotałam.
-Oczywiście ,że nie Szkrabie – wyciągnął do mnie rączki ,a ja podniosłam go. Czułam od niego bijące ciepło. Zacisnął małe dłonie na moim karku i wtulił się w zagłębienie mojej szyi. Kiedy jego ciepły oddech odbił się o moją skórę poczułam jak zimno jest na dworze. Bałam się ,że mógłby się przeziębić więc szybkim krokiem szłam w stronę domu. Gdy już weszłam do środka dalej niosąc malca na rękach ogarnęło mnie ciepło. Postawiłam go na drewnianą podłogę i ściągnęłam z niego płaszcz.
-Chodź mały. Lubisz gorącą czekoladę ? – pokiwał ochoczo głową. Zaprowadziłam go do kuchni i posadziłam na blacie. Podałam mu kubek do rączek ,a on ostrożnie pił. Przyglądałam mu się z uwagą. Miał ogromne oczy w kolorze letniego bezchmurnego nieba i dosyć długie ciemne włosy. Jego karnacja była ciemniejsza od mojej (chociaż wyglądałam bak zaawansowana anemiczka). Miał lekko latynoskie rysy twarzy. Ale naprawdę nie było tego tak dokładnie widać zwłaszcza z jego pięknymi oczami. Gdyby ktoś uważnie mu się przyjrzał dopiero mógłby to zauważyć. Po kilku krótkich chwilach zauważyłam ,że i on się mi przygląda. Jego piękne oczy patrzył na mnie ze smutkiem. Zrobiło mi się go strasznie żal. Stracił matkę ,a ojca nawet nie znał. Chciałabym się nim zaopiekować ,ale nie potrafiłabym mu dać niczego więcej niż schronienia i jedzenia. Nie czuł by się tu jak w domu. Może znałam go zaledwie parę minut ,ale już zdążyłam pokochać te ogniki w jego oczach. Jego pełne małe usteczka i lekko zadarty do góry nosek. Jego cienki przestraszony głosik i mimo wszystko hardą pozę. Na moment opuściły mnie resztki wątpliwości i chciałam się nim zająć. Ta chwila nie trwała jednak długo ,bo pomyślałam o moim bracie. Lou byłby wściekły widząc go w naszym domu ,ale co mam zrobić ? Nie zostawię go. Otrząsnęłam się z moich myśli. Chłopiec w mgnieniu oka wyciągnął rączki i przytulił mnie do siebie. Czułam jego łezki na swoim barku ,ale nie ważyłam się drgnąć. Nie wiedziałam co ma zrobić. Odwzajemnić jego uścisk czy zostawić ręce w starym położeniu. Chłopiec przycisnął mnie mocniej do siebie i wtedy zareagowałam. Uścisnęłam go mocno ,ale nie na tyle by robić mu jakąkolwiek krzywdę. Zaczął pociągać noskiem i mamrotać
-Stara Ma-mama po-powiedziała ,że znajdę no-nową lepszą. Ale ja ją kochałem proszę pani.Tęsknię za-za nią. Chcę mieć mamusię – i znowu zaczął moczyć mi sukienkę. Serce podzieliło mi się na 2 równe kawałki i sama poczułam jak łzy lecą mi po twarzy. Byłam zupełnie bezsilna. Tak chciałam go jakoś zatrzymać i kochać jak matka ,ale nie potrafiłam !
-Ciiii maleńki – próbowałam go uspokoić – Już dobrze. Masz mamusie. Mamusia tu jest. – Nie zastanawiałam się nad tym długo i natychmiast pożałowałam tego ,że zrobiłam mu nadzieję. Spojrzał na mnie pełen dziecięcej wdzięczności. Czułam się jak suka obiecując mu coś czego nawet nie mogę dać. Ale postaram się. Zawalczę o niego. Tak szybko stał się dla mnie kimś ważnym i teraz nie mogłam go zostawić.
-Mama – na te słowa coś w środku mnie uszczypnęło. Ja matką ? Ja nierozgarnięta, chorowita 17-latka Bree Tomlinson ? To nie mogło być prawdą. A jednak. Dla tego 3-letniego chłopca byłam matką. I w tym momencie chciałam nią za wszelką cenę pozostać. Wziąć na siebie odpowiedzialność i widzieć jak malec dorasta. To wszystko potoczyło się zbyt szybko. Ledwo co go znalazłam ,a on nazywa mnie ‘Mama’. Niech to szlak ! Czy Louis tego chce czy nie. Będę matką tego chłopca i dam mu wszystko co mam. Chociaż ze względu na list jego matki i jego oczy. – Mama – Powtórzył.
CZYTASZ=KOMENTUJESZ
Fajnie! ;) Powodzenia w dalszym pisaniu ;*
OdpowiedzUsuńJejku ten rozdział jest boski *-* proszę napisz szybko następny rozdział ;D
OdpowiedzUsuńżyczę weny <3